Apetyt na kolory

Jaka jest recepta na kolorowe wnętrze, które nie krzyczy, tylko uspokaja? A jednocześnie nie jest nudne albo, co gorsza, agresywne? Odpowiedź jest bardzo prosta: skorzystać z usług specjalisty.
(I to nie jest kryptoreklama, tylko najprawdziwsza prawda… Dobór kolorów to jeden z najtrudniejszych aspektów mojej pracy. Właściwy wybór rzutuje na efekt końcowy projektu).

Tak właśnie zrobiła Agnieszka, która przestrzeń prywatną swojego dziecka i swoją sypialnię postanowiła oddać w moje ręce, co – nie ukrywam – bardzo mnie podbudowało, ponieważ Agnieszka poprzeczki stawia dość wysoko.

Przyznaję, że przez cały okres naszej współpracy towarzyszyła nam panika wypisana w jej oczach… pomimo tego, że za każdym razem starałam się ją uspokoić i zabić wszystkie wnętrzarskie potwory, które rodziły się w wyobraźni.                „Nie za duże? Nie za ciemne? Nie za nisko? Nie za dużo kolorów naraz?” – to pytania, na które odpowiadam kilka razy dziennie prawie wszystkim swoim klientom, więc do wątpliwości jestem przyzwyczajona.

Tak więc po oswojeniu tychże potworów ze swobodą i lekkością realizowałam swoją wizję, bo wiedziałam, co Agnieszce się podoba, i byłam pewna, że jeśli pozwoli mi dotrzeć do celu, będzie zachwycona efektem. Nadmieniam o tym celowo, ponieważ w swojej pracy borykam się z bardzo dziwnym problemem – ocenianiem pracy w trakcie procesu projektowania i stylizacji. Jest to akurat branża, w której potrzeba zarówno czasu, zaufania, jak i cierpliwości, żeby mogło zrodzić się coś fajnego.

Dlatego też jeśli nie zobaczymy efektu ostatecznego, nie możemy ocenić samego procesu, bo ważny jest najmniejszy szczegół. Ludzie muszą się lubić… Nie wyobrażam sobie projektowania dla osób, z którymi nie wymieniam dobrej energii. To właśnie ona powoduje, że otwierają się umysł i serce i powstają fajne projekty.

Agnieszka pozwoliła, zaufała i pomimo obaw i wątpliwości udało się nam dotrzeć do końca, dlatego dzisiaj mieszka wraz z rodziną w takich pięknych okolicznościach wnętrzarskich.

Gdy zaczynałam pracę u Agnieszki, w mojej głowie gotowa już była wersja ostateczna, której byłam pewna, wystarczyło tylko powoli odsłaniać kolejne karty, odpakowywać kolejne pudła i kroczek po kroczku iść do przodu. Wiedziałam, że będzie pastelowo, ale nie pudrowo, tylko troszkę żywiej. Wiedziałam, że pomieszam kilka kolorów, ale ciągle przy neutralnej bazie bieli i szarości bądź grafitu. Wiedziałam, że pomimo bardzo „statecznego” usposobienia Agnieszki przemycę tam trochę szaleństwa i przekory. Wiedziałam, że będą wielki fotel i lampa przy nim, ponieważ rodzina uwielbia czytać. Nie sądziłam jednak, że przemycę aż tyle swojego ukochanego różu. Ale czyż ten róż nie robi tego wnętrza? Oceńcie sami mój mały podstęp.